








Jesień miała u nas mocne wejście, czyli kilka dni ciągłego deszczu, a co taka pogoda robi z głową najlepiej pokazuje ten szlagier. Mieszkamy już sami i mamy to na papierze (wcześniej mieszkaliśmy sami nieoficjalnie), poszukiwania ewentualnych flatmates trwają, ale niezbyt intensywnie. Mieliśmy wizytę chętnej pary wczesnodwudziestoletnich Antylczyków (jest takie słowo?), ale ona była chyba bardziej chętna niż on, co zważywszy na to, że to jednak on miałby tu mieszkać robiło decydującą różnicę, i sprawa rozeszła się po kościach. Za to po raz pierwszy chyba usłyszałem od kogoś “I love this neighbourhood, all my friend’s live here”.
Poszukiwania pracy też, póki co, nie przyniosły efektów. Świta na horyzoncie posada w niezwykle prestiżowym sklepie sprzedającym niezwykle overpriced ubrania zdecydowanie nie fairtrade’owe. Zobaczymy czy jestem wystarczająco ‘fashion conscious’. Za to trafił się job na uczelni – trzydniowa konferencja Holenderskiego Towarzystwa Estetycznego organizowana przez samego Pana Dyrektora Wydziału Filozofii, który z żalem pisał ile może nam zapłacić za pomoc (przynajmniej pokryje dojazdy i może dwa obiady). Ale oczywiście takich rzeczy nie robi się dla pieniędzy tylko możliwości poobcowania z mądrymi głowami prelegującymi o kondycji sztuki w zglobalizowanej współczesności etc.
Mamy internet, ale mamy też karaluchy (po powrocie widzieliśmy dwa, czyli o dwa za dużo). W ruch poszły dwa kolejne opakowania trutki (prosto z Polska – dzięki Agata!), a kuchnia przypomina laboratorium czy może królestwo idealnej amerykańskiej gospodyni domowej z lat pięćdziesiątych: każda – jedna – rzecz – zapakowana – w – osobny – plastikowy – pojemniczek. Tylko zlew nam się zapycha, a w Holandii nie ma kreta tylko jakieś żałosne namiastki (kret jest nieekologiczny, powiększa dziurę ozonową, zmniejsza terytorium Królestwa i w ogóle jest asociaal), więc możliwe, że szykuje się walka z rurami.
Na poprawę humoru pozostaję taki oto paryski klip z kategorii “nic się nie dzieje, a wciąga” (miejmy nadzieję, że działa w pl). Enjoy;)
Juz wrocilismy i choc zaledwie na dwa dni to jednak szok przejscia daje sie odczuc. Dokarmiani materialnie i duchowo przez Gosie, przez chwile znow poczulismy luksus jakim jest siedziec w kuchni albo na kibelku nie wypatrujac czarnych kropek na scianach i podlodze. Pogoda byla, luwru znow nie bylo i jak na alternatywna mlodziez przystalo, zrobilismy malo zdjec, ktore nic nie przedstawiaja i ktore postaramy sie juz wkrotce zgubic.
Poza tym, wciaz nie mamy internetu, ale za to uniwersytecka biurokracja jeszcze nie zorientowala sie, ze nie jestem juz studentem i wciaz udostepnia mi facilities. Moze to juz tak dozywotnio?
Wojna z karaluchami wciaz trwa, wczoraj widzialem jednego malego na podlodze windy, co oznacza, ze albo przynioslem go z mieszkania, albo mieszkaja rowniez poza mieszkaniem – nie wiadomo co byloby gorsze. Poza tym szkrabem nie widzielismy wczoraj zadnego, wiec moze wreszcie wyzdychaly? Z drugiej strony, jesli byl maly to znaczy, ze ze swiezych jajek etc. Gosia pocieszala nas, ze w Indiach sa podobno wszedzie (a to przeciez najwieksza na swiecie demokracja), ale nie wyobrazam sobie przyzwyczajenia sie do. Fuj fuj oraz nie mozna zostawiac trzymiesiecznych kanapek na wierzchu.
Wycieczka uruchomila w nas porownania i szacunki. Oktawiusz woli Paryz (bo wielkomiejski, rozlegly, sliczny, pelen grands projets), ja wole Amsterdam (bo przytulny, kameralny, brudny, ale nie smierdzacy, bezpretensjonalny). Gdzies pomiedzy wypada Bruksela albo Antwerpia, takie miasta na zgnily kompromis.
Dla milosnikow ckliwych scen i wreczania kwiatow: ladujemy pojutrze o 12:30.
Dzis po raz ostatni moge skorzystac z uniwersyteckiego media centre (w mieszkaniu wciaz nie mamy internetu), wiec coz innego moglbym zrobic niz wrzucic notke?
Dzis panowie z ulubionego przez nas ostatnio sklepu ‘Gamma’ przywiezli deski, ktore pod magicznym dotykiem Oktawiusza zmienia sie w polki i biurko. Poranek minal na przyklejaniu ostatniego fragmentu wykladziny w korytarzu, co oznacza, ze gora zostala calkowicie opanowana. Pozostaje dol, czyli duzy pokoj i kuchnia, a w kuchni marzen sto. Dezynsekcja wybila sporo naszych dzikich lokatorow, ale co jakis czas widzimy niestety cos z antenkami, co porusza sie o wiele zbyt szybko jak na zdychajace, zatrute zelem robactwo.
Kontakty z naszym ‘agentem’ wciaz polegaja na naszym dopominaniu sie o zrobienie czegos, co mialo byc zrobione dawno temu (najlepiej przed naszym wprowadzeniem sie), a wciaz czeka na rozwiazanie. W dalszym ciagu slyszymy, ze cos bedzie jutro czy po weekendzie. Ilosc irytujacych pierdol jest tak duza, ze chyba nawet nie ma sensu sie o tym rozpisywac.
Jeden plus jest taki, ze moj promotor chyba jednak wzial sobie karaluchy do serca, bo napisal ostatnio, ze szuka czegos dla mnie. Mozliwe tez, ze wciagnie mnie w jakies wieksze imprezy w rodzaju miedzynarodowej konferencji deleuzjanskiej w Amsterdamie w przyszlym roku… Dobre chociaz takie wejscie w brutalny swiat holenderskiej akademii.
Drugi plus jest takie, ze juz w czwartek Paryz (to na urodziny Oktawiusza, przypominam – 2.ix), a potem Kraj Ojcow Naszych, gdzie Matka Boska Kroluje i nikt nie ma sasiada z Ghany. Do zobaczenia!
Wieści z przeprowadzkowego frontu ciąg dalszy. Mamy już ciepłą wodę, prąd będzie – być może – we wtorek rano. Korporacja dała się wziąć na litość i pozwoliła nam pozostać w starym mieszkaniu do niedzieli. Niestety w ten weekend w całym budynku (który poza nami będzie opuszczony) działają ekipy zrywające podłogi, więc raczej sobie nie pośpimy – mamy już zapowiedziane, że mogą wejść do nas o świcie bez pukania, bo mają klucze i powinniśmy z nimi współpracować:)
Nie wiadomo też kiedy będziemy mieli internet, więc możemy na chwilę zniknąć.
Za to wczoraj spędziliśmy urocze pół godziny tłumacząc panu z firmy wyporzyczającej samochody, że Węgry (ojczyzna naszego kierowcy) są w Unii i węgierskie prawo jazdy nie musi być zamieniane na holenderskie po upływie 85 dni (jak np. amerykańśkie). Potem były wąskie uliczki Haarlemu i makabrycznie strome schodki po których Oktawiusz i bratanek Viktor znosili pralkę.
W ten weekend szykuje się malowanie sypialni Linh i zdieranie tapet w naszej sypialni. Poza tym kupowanie materaca, czyszczenie grzyba z wanny oraz, naturalnie, zabawa w chowanego z karaluchami. Wspaniałe to mieszkanie zapamiętamy chyba do końca naszej burzliwej młodości.
Właśnie wróciliśmy z obrony. Ocena końcowa: 8,3 (skala rosnąca 1-10), czyli zabrakło 0,2 do wyróżnienia.
Promotor i recenzent byli super mili i zadawali rewelacyjnie ostre pytania – to była na serio “obrona”, panów filozofów, o których pisałem i potem trochę mojego roztrzepanego sposobu radzenia sobie z tematem.
To na razie koniec przygody z UvA. Obiecali, że będą pamiętać i jakby coś to się odezwą. (Rzuciłem im, że mamy karaluchy w nowym mieszkaniu, tak pod rozwagę:)
Teraz powrót do przeprowadzkowych przygód. Za godzinę z kawałkiem przyjeżdża ekipa. Jutro jedziemy po pralkę i meble. Pojutrze już nocujemy. Może nawet będzie prąd i ciepła woda?
1. Znaleźliśmy mieszkanie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jutro podpiszemy umowę.
2. Tym samym tydzień upłynie na przeprowadzkach, sprzątaniach i podobnych przyjemnościach.
3. Świetną miejscówkę w centrum zamieniamy na Zuid-Oost, a dokładnie na Bijlmerdreef (to tak jakby z np. Mokotowskiej przenieść się na Ursynów, na szczęście północny). Okolica skądinąd znana i u nas.
4. Napisałem magisterkę (znów rzutem na taśmę) i bronię się w środę w południe (czyli gdzieś pomiędzy kupowaniem materaca i przewożeniem pralki).
5. Pralka będzie z Haarlemu (“…in the getto…”).
Wczoraj Amsterdam zmienił się w Sodomę i Gomorę (w sensie w momencie ich rozkwitu, a nie po zdradliwej kolaboracji Lota), co opiszemy wkrótce. Teraz fajny komentarz a propos sposobu w jaki m.in. tego typu wydarzenia przesiąkają do świadomości ludzi, którzy nigdy nie brali w nich udziału:
Trwają poszukiwania mieszkania. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że rynek bezpośredni polega na tym, że go prawie nie ma, a pośrednictwo to współczesna froma lichwy.
Trwają prace nad magisterką. Analogicznie do prac nad licencjatem polegają one na desperackim wtłukiwaniu maksymalnej ilości stron na dobę z zapasem trzech dni.
Holenderska chadecja chce być jak Torysi. Na tegorocznej Canal Parade pojawi się przedstawiciel CDA, podobno ma popłynąć na barce z Chrześcijanami. Kolejny krok na drodze do emancypacji mniejszości.
Nius nie jest jednak tutaj tak nośny jak to, że wojskowi będą mogli na paradzie pojawić się w mundurach (podobno pod warunkiem, że będą zapięte – serio).
Poza tym, w wolnej chwili zapraszam do lektury tegorocznej Pink List w Independent (proponuje zwrócić uwagę na ilość polityków, zwłaszcza tzw. konserwatystów). Wśród stu najbardziej wpływowych gejów i lesbijek w Wlk. Brytanii zabrakło mojego faworyta – Briana Paddicka – który niestety nie szefuje już londyńskiej policji. Ale i tak przyznałbym mu Nagrodę Foucaulta, którą kiedyś ufunduję… W kategorii “Najlepsza Personifikacja Aparatu Normalizacji”.
Dziś w południe w warszawskim szpitalu na Żelaznej, wśród błysków fleszy i gromkich oklasków personelu, Roman i Wojtek stali się pierwszymi w Polsce oficjalnymi rodzicami dziecka urodzonego przez zastępczą mamę. To wynik programu ‘Becik’, inicjatywy Ministerstwa Zdrowia zapewniającej pokrycie kosztów ciąży zastępczej z funduszy publicznych.
Jestem przeszczęśliwy – mówi Roman – są takie chwile w życiu każdego mężczyzny, gdy nie trzeba wstydzić się łez.
Jest pani aniołem – dziękował Wojtek po dżentelmeńsku całując zastępczą mamę w rękę.
Jakie plany mają świeżo upieczeni rodzice?
Najpierw chrzest – odpowiadają zgodnie.
Wybraliśmy już imiona, będzie Faustyna Teresa – mówi Roman.
To pierwsza wspólna decyzja rodziców, czy łatwo było ją podjąć? – pytamy.
Długo dyskutowaliśmy i nie obyło się bez sprzeczek – tłumczy Wojtek – ale Romek przekonał mnie, że święta patronka znaczy więcej niż własna próżność. Poza tym przecież jest jeszcze bierzmowanie.
Wojtek chciał dać po mamie – zdradza Roman.
Szczęśliwi rodzice opuścili szpital w pośpiechu i udali się do parafii Swiętego Krzyża. Zdjęcia z ceremonii chrztu obejrzą państwo już w jutrzejszym Magazynie.
Program ‘Becik’ jest elementem rządowej kampanii ‘Bocian w każdym domu’ mającej na celu przeciwdziałanie procesowi starzenia się społeczeństwa.

Roman i Wojtek - szczęśliwi tatusiowie - z córeczką i dzielną zastępczą mamą