Dzis wczesnym rankiem w eter poszla kolejna aplikacja. Eter miesci sie w tym samym miescie, wiec odpowiedz przyszla szybko, bo przed chwila. Projekt powstal przez cztery i pol godziny i ma duza wartosc dyskusyjna, ew. jego duza wartosc podlega dyskusji. Zaproponowalem zastosowanie pojec Deleuze’a i Guattariego do analizy kulturowej ideologii utopijnej w serialach Star Trek. Mocne, musi chwycic. Godzina nadania nie jest przypadkowa – byl to kolejny test granic wytrzymalosci holenderskiej biurokracji, ktora zostala zmuszona nadrano uznac za wczoraj. Wyszedlem z zalozenia, ze polnoc, nie polnoc, deadline w praktyce mija, gdy pani od admissions sprawdzi poczte. Nie pomylilem sie. W rychlej odpowiedzi, stylem rzeczowym i eleganckim oswiadczono, ze osob ubiegajacych sie o 3 (slownie: “trzy”) miejsca stypendialne jest 125 (slownie: “ja pierdole”). Osob zakwalifikowanych do drugiej tury, czyli rozmow kwalifikacyjnych, ma byc szesc do dziesieciu. Wyboru szacowna komisja dokona szesnastego.
Tymczasem, Florencja i Berlina milcza, a O. zbiera papiery do swojego pakietu promocyjnego. Panie na ISNSie zgubily aneks do jego dyplomu, wiec jest – jak zwykle – interesujaco. Projekt bedzie prawdopodobnie powstawal przez cztery i pol godziny.
Potem jeszcze Essex, Brema i cos na eM w Niemczech. Munster chyba, nie pamietam.
Poza tym, moja mama martwi sie, ze nie mam zebranych lat pracy na emeryture i, gdy mowie jej, ze znajomi nie pokladaja zbyt duzych nadziei w ZUS-ie, pyta czy wykupuja trzeci filar. Uzmyslowilem sobie, ze nie wiem, wiec pytam. Oto Daj Glos czesc druga, (now with multiple answers!):
Nasz nowy lokator ma na imie Benjamin, studiuje inzyniere energetyczna i ekonomie, i przyjechal tu na semestr do czegos w rodzaju politechniki. Jako ze wladanie lenglydzem idzie mu lepiej niz Tarasowi (poza tym, zdarza mu sie sluchac i zadawac pytania, co dla adhd przybysza z Ukrainy bylo nieosiagalnym wyzwaniem), udalo sie troche porozmawiac i dowiedziec ciekawych rzeczy. Otoz jego rodzice poznali sie podczas manifestacji przeciwko lokowaniu amerykanskich rakiet na terytorium RFN (moze slyszeliscie o RFN-owskim ruchu antyjadrowym – sprzeciwiali sie jadrom – bardzo wplywowym w swoim i naszym czasie, bo poza lobbingiem wychowal pokolenie supercywilizowanych Niemcow). Tata to urodzony aktywista, ktory szkoli negocjatorow w Darfurze (Benjamin spedzil tam pol roku po studiach).
Nasz nowy kolega moze i studiuje mamonologie, ale pierwsze zajecia ma o koncepcjach spoleczno-politycznych w Ameryce Lacinskiej, wiec bedzie omawial Chaveza i Zapatystow. Na dodatek jego pan profesor wcale nie jest wojujacym antybabilonem, wrecz przeciwnie, ale uwaza ze to ciekawe i warto, zeby liberal wiedzial co i jak. Poza tym, bedzie tez mial zajecia z panem, ktory reprezentuje Klub Rzymski w ramach dosc niesamowitej inicjatywy korporacyjno-politycznej o nazwie konsorcjum DII.Maja bardzo ambitne plany:
Otoz ktos wpadl na pomysl, ze Sahara to idealne miejsce dla elektrownii slonecznych, ktos dodal, ze Afryka Saharyjska do najzamozniejszych nie nalezy, wiec moze by ktos na miejscu mogl na tym zarobic. Potem ‘zarobic’ zmienilo sie w ‘dostac wode, energie i infrastrukture’ i zrobilo sie juz superbajecznie tylko nie bylo, zadnego powodu, zeby ktokolwiek (poza dajmy na to ktoras z agend ONZ) w cos takiego inwestowal. Poprawiono wiec ‘energie dla Afryki’ na ‘energie dla Unii Europejskiej’ i zrobilo sie interesujaca. Pierwsi interes zweszyli Niemcy i w efekcie powstalo konsorcjum z GMBH w ogonku (a nie np. S.A.) Najlepsze w tym wszystkim jest to, ze Benjamin chcialby wziac udzial w pracach tego czegos, zeby sprawdzic czy ktokolwiek w Afryce rzeczywiscie cos na tym zyskuje. Jego zapewnienia, ze wiekszosc osob studiujacych jego kierunek ma w dupie Afryke zadzialaly po takiej deklaracji uspokajajaco. Poza tym ekonomiczne zmywanie i recykling.
Z rzeczy potencjalnie klopotliwych, czternastego lutego ma urodziny (powinni zrobic taki film “Urodzony w Walentynki”), a ze ojczyzna niedaleko, zwala sie na chalupe grupa gosci. Na szczescie tylko na weekend.
Z rzeczy inszych. Z listy potencjalnych doktoratow odpadl Poczdam. W poprzedni weekend poszly aplikacje do Berlina i Florencji, w poniedzialek pojdzie kolejna do Amsterdamu. Wszystkie te miejsca maja rozmowy kwalifikacyjne, wiec na szczesliwcow losu czekaja niepromocyjne ceny biletow lotniczych (dwutygodniowe wyprzedzenie). Potem na liscie juz tylko Essex, bo inne miejsca nie przeszly wewnetrznej weryfikacji (kryterium: chcesz to robic przez kolejne cztery lata?).
I jeszcze to, ze zima nam tu zwilgotniala i nic tylko mokro od kilku dni. Miejmy nadzieje, ze teraz juz tylko w gore.
Ha, troche szczescia naszym udzialem! Nie zostajemy na lodzie z naszym wypasionym mieszkaniem. Nowym nabytkiem jest prosze Panstwa student z Niemiec, ktory, co wiecej, pali. Ha. Moj niemiecki fetysz zostaje podsmyrany i moze bedzie okazja zeby sobie niemiecki przypomniec?
Dziękujemy za życzenia i informujemy, że ci, którzy wysłali podskoczyli na rankingu przyjaciół.
My też składamy i honorujemy, więc najlepszego w Nowym!
Sylwester minął nam domowo, co nie znaczy, że bez wrażeń. Krajowy zakaz odpalania petard, fajerwerków itp. w dni inne niż Sylwester nie obejmuje oczywiście naszej dzielnicy, więc od mniej więcej tygodnia mamy za oknem przynajmniej jedną detonację na pięć minut. W samego Sylwestra było jak na wojnie, był nawet wóz strażacki i policja – skontrolowali i ugasili, a pięc minut potem buchnęło od nowa. Na szczęście tylko na chodniku i nie wiało jakoś bardzo, więc blok nie poszedł z dymem. Średnia wieku odpalaczy też robi wrażenie, bo oscyluje w okolicach lat dziesięciu. Urocze dziewczęta z kucykami bardzo lubią jak koleżance urywa rączki.
Ale o wiele większe wrażenie robią na mnie Podjuchy. Historia jak na teatr społeczny, wielowymiarowa, jednocześnie egzotyczna i bardzo swojska, nośna. Przytaczam całość, bo świetne (oryginał tutaj):
“Radny Juras żąda zasad dla krzyży przydrożnych
Powód: jeden z nich okazał się samowolą budowlaną, która omal nie pozbawiła koncesji na sprzedaż alkoholu sklepu w Podjuchach.
- Chcę, żeby były pewne reguły – zaznacza Paweł Juras (SLD), który złożył w tej sprawie interpelację na ręce prezydenta Szczecina. – Chodzi mi o to, by przydrożne krzyże były stawiane na takich samych zasadach jak każde inne małe budowle. Nie może być tak, że wspólnota mieszkaniowa musi mieć zezwolenie na postawienie ławki, a krzyż stawia się nie oglądając się na nikogo. Bo to prowadzi do kłopotów.
Takie kłopoty miał niewielki, rodzinny sklep spożywczy przy ulicy Krzemiennej w Podjuchach. Działa od 20 lat. Handluje między innymi alkoholem. Zawsze z zezwoleniem. W tym roku musiało być odnowione, bo sklep przejęła córka dotychczasowej właścicielki. Na ul. Krzemienną wybrała się gminna komisja przyznająca koncesje (w jej skład wchodzą radni). I pojawił się problem. Okazało się, że dokładnie vis-a-vis sklepu stoi pięciometrowy krzyż.
- Uchwała rady miasta chroni miejsca kultu religijnego, w promieniu 100 metrów nie można handlować alkoholem – tłumaczy Juras.
Sprawa koncesji dla sklepu zawisła na włosku. Komisję zainteresowało, jak to możliwe, że do tej pory wódką tam handlowano. Okazało się, że krzyż stoi przy Krzemiennej dopiero od 2002 r. Nielegalnie. – To samowola budowlana – mówi Juras.
Ponieważ formalnie krzyż nie istnieje, nie mógł być przeszkodą dla koncesji. Radni doszli też do wniosku, że nie jest to chronione przez uchwałę “miejsce kultu religijnego”. – To pamiątka – tłumaczy radny PiS Andrzej Karut. – Krzyż upamiętnia tych, którzy przybyli do Podjuch po wojnie.
Z napisu na tablicy wynika jednak, że krzyż ustawiony został “Z wdzięczności Bogu za 2000 lat chrześcijaństwa”.
- Alkohol w jego pobliżu można sprzedawać – zapewnia jednak Karut. I dodaje: – Pozwolenie na budowę krzyża to zbyt daleko idąca formalizacja. Jeśli ktoś szuka zgubnych efektów samowoli budowlanych to znam lepsze przykłady. Krzyż zawsze działa pozytywnie.
Właścicielka sklepu w Podjuchach nie chce mieszać się w sprawę krzyża. Mówi, że jej nie przeszkadza, a procedurę wydania koncesji wydłużył tylko o tydzień.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin”
Najbardziej wzrusza mnie chyba stawianie krzyża “Bogu z wdzęczności za chrześcijaństwo”. Sam pomysł jest rozbrajający – zrobimy taki okolicznościowy gift. Coś jak “Mickiewiczowi – Naród”, bo ten ładnie pisał, a tamten ładnie stworzył… chrześcijaństwo. Podjuchy na pewno skoczyły u niego w rankingu.
Dzisiejszy poranek sponsorowały literki “Z” (jak “zimno”), “Ś” (jak “śnieg” lub “śmierć statystyki”) oraz kolor biały. Rok temu mówili, że to bardzo nietypowa zima, bo śnieg i lód po raz pierwszy od lat. Jak tak dalej pójdzie, ten rok będzie drugim z rzędu nietypowym rokiem, bardzo nietypowej zimy, z wyjątkowym śniegiem i lodem na kanałach. Bardzo sprawnie działająca strona kolei państwowych informowała o spóźnieniach na wszystkich trasach – zima zaskoczyła SOKistów.
Z tego, co słyszałem, firmowa impreza w burżuazyjnym przybytku nad morzem skończyła się regularną popijawą w pokoju rubasznej Irlandki. Najbardziej trzeźwa była oczywiście kadra menadżerska, najmniej naturalnie sama góra, czyli spożycie rozkłada się wprost proporcjonalnie do poczucia “mam coś do stracenia”. Doły piły regularnie trzymając średnią statystyczną kraju pochodzenia (Polska Irlandią wschodu, Irlandia Białymstokiem zachodu). Co do pytania o osoby towarzyszące – tak, obaj byliśmy zaproszeni, ale ja podziękowałem (na szczęście nie jako jedyna połówka). W prezencie dla pracowników, firma zafundowała wszystkim latawce.
Projekt Poczdamski (jak zwykle – wielka improwizacja) powstał i poszedł w eter kilka godzin przed upływem deadline’u (przynajmniej tak mi się wydaje, bo Niemcy/Polacy mają specyficzne rozumienie punktualności). Czekamy na odzew. Portugalia nie byłaby oczywiście niczym złym, ale Berlin to jest kurczę 6h od Warszawy, więc jako wyposzczeni towarzysko expaci stawiamy na the latter. Co do piękna języka portugalskiego to zgadzamy się w stu procentach, fajnie się zawija i swojsko szeleści. Acha, zapomniałem napisać, że projekt bardzo międzynarodowy obejmuje też współpracę z uniwersytetami pozaeuropejskimi (kontekst kolonialny), co w przypadku tej części, na którą aplikuje oznaczałby “pobyt naukowy” w Rio de Janeiro:) (Pozostałe przybytki to Hong Kong, Ankara i coś w Maroku) Trzymajcie kciuki.
Poza tym, zbliża się termin do Gandawy i coś na Wyspach, tym razem improwizacja raczej nie ma szans, więc trzeba robić research. Dużo czytania i pisania na horyzoncie. W skrócie plan jest taki: jeśli przez najbliższe kilka miesięcy nie uda się dostać kochanych pieniążków na fantastyczne i wiekopomne badania, oraz nowe, błyszczące tytuły naukowe dla Huberta i Oktawiusza, to wracamy do Warszawy i zakładamy fabrykę glazury.
Czytałem w mediach polskojęzycznych, że w Kraju Ojców Naszych zrobiło się ostatnio śmiesznie z krzyżami w szkołach, niczym zły szeląg powrócił nawet mój ulubiony “prawicowy filozof” (do niego też w sumie pasuje tytuł “biała inwazja”). Dwa paralelne niusy z Amsterdamu:
- miejska korporacja taksówkarska zakazała jednemu z pracowników noszenia krzyżyka na szyi, który wykraczał według niej poza granice stroju służbowego. Taksówkarz zaskarżył firmę o dyskryminację religijną (muzułmanki mogą nosić w pracy chustę) i przegrał. Sąd uznał, że nie krzyż, lecz naszyjniki nie są częścią stroju;
- grupa Holenderskich deputowanych wyraziła zaniepokojenie faktem, że część szkół pomija na lekcjach wychowania seksualnego materiał poświęcony gejom i lesbijkom, żeby uniknąć ewentualnych starć kulturowo-religijnych. Dotyczy to większości (podobno ponad trzech czwartych) placówek amsterdamskich, w których uczy się dużo pierwszo- i drugopokoleniowych Holendrów. Posłowie planują inicjatywę mającą na celu wymuszenie na szkołach realizacji całości programu. Taki jest warunek bycia szkołą (a co za tym idzie – otrzymywania dotacji) i dotyczy to również instytucji prywatnych i wyznaniowych.
Pojawiła się też nowa grypa, tym razem kozia. Zmarło już kilka osób, a zaraz umrze kilkadziesiąt tysięcy kóz. Na szczęście to na południowych rubieżach Królestwa, na pograniczu mitycznej Flandrii, gdzie ludzie nie kopią kanałów i nie jedzą serów o frankofońskich nazwach.
Nasz nowy współlokator jest miłym gościem, z którym nie mamy zbyt dużego kontaktu, ale i tak jesteśmy doskonale poinformowani a propos jego życia osobisto-rodzinnego: bardzo dużo i bardzo głośno rozmawia przez skype’a. Najczęściej z żoną, którą zostawił w Moskwie. Zwraca się do niej per “Słoneczko”:)
Agata podesłała mi linka do komiksu o doktorantach (należy dodać – na amerykańskich uczelniach), dzięki czemu miałem dwa dni wyjęte z życiorysu. Mała próbka:
Z oczywistych względów, ostatni pasek nie bierze pod uwagę grantów unijnych.
Od wczoraj mamy nowego wspollokatora. Ma na imie Taras, jest z Ukrainy i jutro zaczyna prace niedaleko nas. Oznacza to, ze najgorszy kryzys zostal zazegnany, a odnowiony optymizm inwestorow juz widac na gieldowych indeksach.
Holendrzy wybrali nowe slowo roku: “twitteren”. Przypominam, ze w zeszlorocznej czolowce znalazlo sie “wiien”. Bez komentarza.
Z racji tego, ze tutejsze Mikolajki to specyficzna tradycja, ktorej Holendrzy bronia jak niepodleglosci, Oktawiusz mial w firmie impreze prezentowa polaczona z czytaniem wierszykow i najazdem dzieci szefostwa i pracownikow. Bylo duzo radosci i wszyscy sie wspaniale zintegrowali. W ten weekend czeka go jeszcze impreza swiateczna w hotelu nad morzem, obowiazuja mundury galowe i nadmiar entuzjazmu. Slowa kluczowe to: “kasa”, “prestiz” i “zastaw sie a postaw sie”.
Za tydzien mam deadline aplikacji do Poczdamu, wiec prace trwaja. Wyniki blogowej sondy niebezpiecznie przypominaja wykresy poparcia dla partii politycznych w Ojczyznie. Rozumiem, ze w Berlinie wszystkim zyje sie lepiej. Po drodze sprawa ciut sie skomplikowala. Otoz projekt poczdamski dostal kase, bo jest superintegracyjny, miedzynarodowy i wyrownuje szanse – bierze w nim udzial kilka drugorzednych uniwersytetow europejskich (np. Zielonogorski) z perspektywa wspolpracy z czterema uczelniami pozaeuropejskimi – co oznacza, ze kazdy z czterech tematow “badan” jest prowadzony przez wiecej niz jeden uniwersytet. Efekt jest taki, ze wysylajac projekt na jeden z tematow (trzeba wybrac) nie aplikuje sie na jedna uczelnie tylko dwie, czyli ktos jeszcze musi zdecydowac nie tylko czy przyjmuje kandydata, ale tez dokad on trafia. No i clue calej sprawy: w grupie tematycznej obok Poczdamu figuruje uniwersytet w Coimbrze, w Portugalii. Wiec pytanie w sondzie powinno brzmiec “Poczdam, bo Berlin lub Coimbra”. Miejmy nadzieje, ze jednak NRD. Moze sie tez okazac, ze po prostu mnie nie przyjma i wszystko sie uprosci.
Nastroje wybitnie znizkowe, taki sezon emocjonalnych wyprzedazy. Pewnosci nie ma, bo nie robimy wykresow slupkowych, ale chyba osiagnelismy i minelismy poziom sprzed roku kiedy to rownanie miejscowka+budzet+pogoda+perspektywy dawalo jednak sume nie ujemna. No to teraz jestesmy pod kreska.
Kojelny dzien przynosi wciaz ta sama refleksje: to nie jest kraj dla biednych ludzi. Nie jest to tez kraj dla ludzi nie mowiacych po krajowemu i nie bedacych nativami jezykow kolonialnych (pieprzona szlachta nie mogla ruszyc za morze zamiast na dziki wschod? co oni mieli w tym Gdansku – wodoloty?). Nie jest to kraj dla ludzi z wyksztalceniem humanistycznym (chociaz taki kraj jest chyba jeden i nazywa sie “kampus uniwersytetu paryskiego”), bo humanistyka jest w Niskich Krajach kosztownym hobby i to potencjalnie wrogim biznesowi (moze rodzic watpliwosci odnosnie sensu slow w rodzaju ‘proaktywny’).
Poza tym mieszkamy w getcie (“maly Surinam”, nie mylic z “malym Marokiem”, ktore jest blizej centrum) i to jest nagle na maksa odczuwalne, gdy podroz “do miasta” jest wydatkiem. Zwazywszy na czas dojazdu do centrum to jest spelnienie bombastycznych snow hip-hopowej ursynowskiej mlodziezy. Golym okiem widac jak gettoizacja kielkuje w glowie – 20 minut w metrze to jest przeciez hardcore – a dopiero potem zapuszcza korzonki w przestrzeni spolecznej – 20 lat w tej samej dzielnicy i masz hardcore. Dlatego tez nikt sie nie spieszy do wynajecia pokoju na zadupiu, tym bardziej ze nagle pojawilo sie mnostwo tanich ofert. Wiadomo, wszyscy czekali na sezon wyprzedazy. Mieszkamy wiec w zbyt drogim mieszkaniu z duza iloscia pustej przestrzeni, ktorej nie potrzebujemy.
Tzw. tryb zycia osiagnal klinicznie rutynowy przebieg, ale to sie teraz zmieni, bo sad w Utrechcie (takie miasto w sasiedniej prowincji) wymierzyl sprawiedliwosc mininovej, ktora podzielila los napstera (na pytanie “kto pociaga za sznurki?” nie ma prostej odpowiedzi chociaz wiadomo, ze sedzia ma nowego iPhone’a). Rzutem na tasme udalo nam sie pozbawic tantiem autorow rewelacyjnego Bonda, ktory wspaniale smakuje z nudlami – hitem obnizkowego sezonu. Timothy Dalton skoczyl na mojej liscie tuz pod Daniela Craiga (swoja droga – bardzo obiecujaca konfiguracja).
Z plusow: nie mamy juz dzikich wspollokatorow, sasiad z wielkim silnikiem w motorze i malym fiutem przestraszyl sie temperatur i przestal wypalac kolka z gumy na parkingu, zmaknieto grillo-smazalnie na tarasach pietro nizej. Pojawily sie tez fantastyczne dekoracje swiateczne, ale zadne tam krwawe pasje czy gwiazdy znad Strefy Gazy tylko neutralnie abstrakcyjne esy-floresy. Lepiej dmuchac na zimne.
Spodobalo mi sie sformulowanie Uli “jak sie zyje na tym zachodzie”, bo to slowo ma u nas piekna tradycje i przywoluje dokladnie te konotacje, co trzeba, zeby samemu udzielic odpowiedzi. Zarobkowo, zyje nam sie zarobkowo.
Rok sie konczy, wiec lada chwila bedzie trzeba wysylac aplikacje doktoranckie. Na tzw. “krotkiej liscie” (nie mylic z “lista”, nie ma takiego slowa “lista”) swieca niczym gwiazdy – niezmiennie odlegle i pelne nadziei – cztery miasta obiecane.
1. Berlin, czyli Poczdam. Jak to malowniczo okreslil Roland tamtejszy uniwersytet znajduje sie w NRD, co oznacza, ze jest zadupiem, wiec bez trudu dostal (uniwersytet, nie Roland) w tym roku grant z UE na kilkanascie doktoratow humanistycznych w jakistam sposob dotyczacych hasla “Oswiecenie”. Slusznie, kasa na pewno sie nie zmarnuje. Najwieksza zaleta to oczywiscie to, ze z NRD jest bardzo blisko na Kreuzberg czy inne Leipzigerstrasse. Stypendium tez ma zachecajace cyferki, wiec trzeba strzelac. Dojrzewa mi w glowie taki para-filozoficzny projekt a la Foucault, o ewolucji systemow wiedzy czy cos rownie bezceremonialnego.
2. Gandawa, czyli “zeby chociaz robili czekoladki”. To jest taki tetniacy zyciem akademickim skansen, w ktorym robi sie dwie rzeczy: podziwia zabytki albo pisze doktoraty o filozofii nauki, filozofii ekonomii lub stosowanej etyce, zwlaszcza w kontekscie human agency jako societal and market factor. Niestety za podziwianie krzywych domkow z czasow, gdy w Belgii mieszkaly krasnoludki nikt nie placi, wiec trzeba bedzie wysmazyc projekt dla Pana Profesora, ktory szuka czeladnika. Miejsce jest jedno, a w wymaganiach pan majster napisal, ze szuka kogos z inicjatywa, i zeby organizaowal konferencje, i zeby duzo publikowal i nawiazal wspolprace miedzynarodowa. Sciagnalem juz sobie nawet wyklady z filozofii ekonomii i moze dowiem sie co to jest ten neoliberalizm, bo na studiach mowili mi tylko dlaczego jest zly. Wroc, nie zly tylko obciachowy.
3. Florencja, czyli jak z pioniera sztuki queer w przestrzeni publicznej stalismy sie kuznia brukselskich ideologow. Uczelnia o fantastycznej nazwie Europejski Instytut Uniwersytecki (pewnie byl konkurs audiotele w RAI, prowadzony przez kochanke Berlusconiego). Dostaja tam kochane pieniazki od producentow czekoladek przez co stawiaja piwo wszystkim przyjetym doktorantom (rowniez tym z Polski, bo zamknelismy jakies negocjacje, a tacy Czesi nie, o czym dowiedzialem sie z ulubionego dzialu ‘funding’). W perspektywie takich przywilejow fakt, ze nie ma tam studiow filozoficznych sensu stricto jest szczegolem czysto technicznym, bo mozna pisac prace z teorii spolecznej i politycznej, a sadzac po tematach tamtejszych szczesciarzy najlepiej w odniesieniu do ojczystej, tajemniczej republiki Zachodniego ZSRR. Moze cos o Solidarnosci jako realizacji komunistycznego idealu szerokiej koalicji robotniczo-inteligenckiej?
4. Essex, czyli wschodni seks. Brytole daja ostatnio kase tylko, jesli dowiedzie sie istotnych powiazan z Krolestwem (dziadek w RAFie bombardowal Hamburg), ale sa tez forsiaste uczelnie, czyli Oksford i Cambridge. Wlasnie tam nie jedziemy, bo po pierwsze to sa miejsca niegodne naszych bezrobotnych doswiadczen zyciowych, a po drugie ostatni nie-anglosaski filozof, ktory jest tam czytany umarl czterysta lat temu (prawdopodobnie wlasnie z tego powodu). Dlatego pozostaje uniwersytet dla petite bourgeoisie i mlodszych aspirantow (czyt. nie dostalismy sie do Oxbridge, polnocna Anglia jest za daleko na polnoc, a godzina do Londynu to jeszcze nie jest tragedia). Co prawda w zeszlym roku udalo mi sie zakonczyc korespondencje z tym miejscem listem zaczynajacym sie od slowa “Unfortunately”, ale ktostam kiedys gdziestam tez zdawal ilestam razy, a teraz prosze panstwa kazdy przeciez przyzna ze.
Oktawiusz wlasnie wrocil z kieratu, zobaczyl, ze pisze i zapytal czy podalem numer konta. No bez przesady, numer konta wysyla sie mailem.
W takich chwilach moi rodzice mawiaja ‘byle do wiosny’. Ale na wiosne sa wybory samorzadowe, ktore wygra platynowy Aryjczyk i Niski Kraj stanie sie bardziej obciachowym miejscem niz Ojczyzna Czlowieka, Ktory Zostal Papiezem-Polakiem. Najsmutniejsze, ze prysnie ostatnia sciema uzasadnienia zwiazana z cool factor. Niedoszly lokator – Holender, ktory porzucil kraj swoj, a teraz wrocil i szukal mieszkania, no ale nie na zadupiu – powiedzial nam wprost: u Was znikna blizniaki, a u nas przyjdzie Wilders i nie bedzie juz mozna robic uwag. Sprawiedliwosc dziejowa? Konsekwencja karmiczna? Rownowaga energetyczna we Wszechswiecie? Nie, raczej spoleczenstwo poprze projekt polityczny oparty na tezie, ze Islam jest nieholenderski tak, jak Polacy poparli opinie, ze rower jest niewarszawski.
Ech zima, zima…
(Btw, bardzo niedobranockowa scena: chodzaca emocjonalna ambiwalencja szukala milosci, a trafila na Ryjka…)
Na odtrutke – wesola zabawa internetowa, czyli “Daj Glos”, wydanie pierwsze:
Jesień miała u nas mocne wejście, czyli kilka dni ciągłego deszczu, a co taka pogoda robi z głową najlepiej pokazuje ten szlagier. Mieszkamy już sami i mamy to na papierze (wcześniej mieszkaliśmy sami nieoficjalnie), poszukiwania ewentualnych flatmates trwają, ale niezbyt intensywnie. Mieliśmy wizytę chętnej pary wczesnodwudziestoletnich Antylczyków (jest takie słowo?), ale ona była chyba bardziej chętna niż on, co zważywszy na to, że to jednak on miałby tu mieszkać robiło decydującą różnicę, i sprawa rozeszła się po kościach. Za to po raz pierwszy chyba usłyszałem od kogoś “I love this neighbourhood, all my friend’s live here”.
Poszukiwania pracy też, póki co, nie przyniosły efektów. Świta na horyzoncie posada w niezwykle prestiżowym sklepie sprzedającym niezwykle overpriced ubrania zdecydowanie nie fairtrade’owe. Zobaczymy czy jestem wystarczająco ‘fashion conscious’. Za to trafił się job na uczelni – trzydniowa konferencja Holenderskiego Towarzystwa Estetycznego organizowana przez samego Pana Dyrektora Wydziału Filozofii, który z żalem pisał ile może nam zapłacić za pomoc (przynajmniej pokryje dojazdy i może dwa obiady). Ale oczywiście takich rzeczy nie robi się dla pieniędzy tylko możliwości poobcowania z mądrymi głowami prelegującymi o kondycji sztuki w zglobalizowanej współczesności etc.
Mamy internet, ale mamy też karaluchy (po powrocie widzieliśmy dwa, czyli o dwa za dużo). W ruch poszły dwa kolejne opakowania trutki (prosto z Polska – dzięki Agata!), a kuchnia przypomina laboratorium czy może królestwo idealnej amerykańskiej gospodyni domowej z lat pięćdziesiątych: każda – jedna – rzecz – zapakowana – w – osobny – plastikowy – pojemniczek. Tylko zlew nam się zapycha, a w Holandii nie ma kreta tylko jakieś żałosne namiastki (kret jest nieekologiczny, powiększa dziurę ozonową, zmniejsza terytorium Królestwa i w ogóle jest asociaal), więc możliwe, że szykuje się walka z rurami.
Na poprawę humoru pozostaję taki oto paryski klip z kategorii “nic się nie dzieje, a wciąga” (miejmy nadzieję, że działa w pl). Enjoy;)